Szczecin artykuł

Autobusem do bankructwa

Tomasz Tokarzewski, Kurier Szczeciński,

dodane przez MQ; zmodyfikowane

Na krawędzi stoi szczecińska komunikacja miejska. Lata zaniedbań mogą się już wkrótce srogo zemścić.
- Nie mam takiej siły przebicia, jaką mają kibice, komitety obrony szkół czy kupcy żałuje Andrzej Markowski, prezes Szczecińsko-Polickiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. - Nie zablokuję szczecińskiego magistratu. Ale nie mam już na czym oszczędzać, więc może zrobią to związkowcy.

Prezes może zabrać pracownikom premie. Wie, że na plac Armii Krajowej zjedzie wtedy 200 autobusów. Spółka z Polic i tak wygląda najlepiej. Jako pierwsza zaczęła odnowę taboru. W tym roku kasuje siedem autobusów, których wiek dochodził do 20 lat (!), w przyszłym musi się pozbyć kolejnych siedmiu.

Nie lepiej jest w Szczecińskim Przedsiębiorstwie Autobusowym "Klonowica". Dziś ma 97 pojazdów, czyli za mało. Trudno w takiej sytuacji myśleć o regularnych przeglądach i rezerwowych pojazdach.

Bliźniacza spółka z Dąbia ma większy zapas i autobusy młodsze o półtora roku. Jej kondycja finansowa też jest kiepska.

Prezes polickiej spółki ostrzega wręcz, że 1 lipca być może będzie musiał zamknąć bramy. Do 30 czerwca firmy autobusowe mają podpisane umowy z Zarządem Dróg i Transportu Miejskiego. Potem powinny obowiązywać nowe, ale otwarcie ofert nastąpi dopiero 20 czerwca. Może zabraknąć czasu na rozstrzygnięcia.

Możliwości poprawy sytuacji są dwie. Można zmienić system taryfowy. Nawet jeśli nie będzie podwyżki cen, koszty podróży autobusem czy tramwajem wzrosną. Miasto nie ukrywa, że bilety czasowe chce zastąpić jednorazowymi. Wtedy 2 zł zapłacimy wsiadając do każdego pojazdu, bez względu na czas podróży. Dziś płacimy 1,90 zł za 20 minut. To uderzy w coraz mniejszą grupę pasażerów, którzy jeszcze uczciwie płacą. Można też poszukać pieniędzy dokonując zmian w budżecie miasta.

Prezesi autobusowych spółek od miesięcy naciskają, by sprzedaż i dochody z biletów przekazać bezpośrednio im. Od lat zajmuje się tym ZDiTM. Prezesi chcą wprowadzić konduktorów w pojazdach.

Na same modernizacje trzeba po ok. 10 mln rocznie, jeśli MZK zapomni o kupnie nowych wagonów. Budżet firmy obciążyli dodatkowo pracownicy spółki "Centralne Warsztaty". Jej działalność wygaszono, 80 ludzi przeniesiono do MZK, by nie stracili pracy. Jeśli komunikacja padnie, straci ją jednak ok. tysiąca ludzi. A jeśli autobusy od 1 lipca nie wyjadą lub któraś ze spółek zbankrutuje, trzeba będzie ogłosić sytuację kryzysową. Za rozwiązania awaryjne zapłacą wszyscy i znacznie wyższą cenę, niż za dofinansowanie komunikacji. Szacuje się, że zaniedbania urosły już do 375 mln zł.

źródło: Kurier Szczeciński

brak komentarzy