Szczecin artykuł

Sam na sam ze złodziejem

Marcin Górka, Gazeta Wyborcza,

dodane przez MQ; zmodyfikowane

Złapałem złodzieja. Nikt mi nie chciał pomóc. Nawet motorniczy, który wolał zamknąć drzwi i ewakuować się w bezpieczne miejsce.
W sobotę około godz. 9 wysiadałem z tramwaju nr 7 na końcowym przystanku na Basenie Górniczym. W drzwiach (z przodu, tuż obok motorniczego), poczułem pociągnięcie za kurtkę i napór na plecy jakiegoś mężczyzny. Złapałem za kieszeń - portfela już nie było. Mężczyzna (po 50-tce) bezczelnie chciał mi jeszcze zabrać telefon komórkowy. Już na zewnątrz złapałem go za poły kurtki, przycisnąłem do tramwaju i krzyknąłem, żeby oddał mi portfel. Rzucił go na ziemię. Portfel odzyskałem, pomyślałem jednak, że złodziejem powinna zająć się policja. Trzymając go, krzyknąłem do motorniczego, żeby mi pomógł. Ten obserwując z zaciekawieniem całe zdarzenie, tylko popatrzył na mnie, zamknął drzwi i... odjechał na pętlę. Zrezygnowany puściłem złodzieja i zadzwoniłem na 112, powiedziałem co się stało i poprosiłem o interwencję policji. A złodziej... spokojnie poszedł na przystanek i wsiadł do autobusu (nr 62)! Prosiłem ludzi, by pomogli mi go zatrzymać aż do przyjazdu policji, ale każdy tylko odwracał głowę. Z duszą na ramieniu wsiadłem więc do autobusu, w którym siedział złodziej. Kierowca już odpalał silnik, prosiłem, żeby zaczekał na policję. Oto co usłyszałem: "Ja nic nie widziałem. Już odjeżdżam. Co mi pan będziesz autobus wstrzymywać". W końcu udało mi się go ubłagać - zamknął drzwi i zjechał na bok.

Policja była po kilku minutach. Okazało się, że "mój" złodziej to dobrze znany policjantom kieszonkowiec z kilkunastoletnim stażem. Zgodziłem się złożyć zeznania, żeby faceta można było ukarać ostrzej niż tylko mandatem. Zrobiłem to, choć oficer przyznał, że zatrzymany będzie znał moje nazwisko i adres. Tak prawo dba o przestępców - kosztem, jak by nie patrzeć, ofiar (ilu ludzi zgodzi się na ujawnienie swojego adresu bandziorowi?).

Co teraz myślę? Udaremniłem kradzież, złapałem złodzieja, przekazałem policji, złożyłem zeznania. Nikt mi nie pomógł. Nawet motorniczy, który pewnie nie raz sam ma do czynienia z agresywnymi pasażerami i potrzebuje pomocy. Tchórzostwo czy znieczulica?

źródło: Gazeta Wyborcza

brak komentarzy