z kraju artykuł

Warszawa: 5 ofiar śmiertelnych wypadku

Piotr Machajski, Gazeta Wyborcza,

dodane przez Phobos

Jeszcze nigdy w Warszawie w jednym wypadku nie zginęło pięć osób. Czekały na przystanku na autobus, gdy wjechał w nie rozpędzony samochód. Nie miały żadnych szans.
Pierwszy, jeszcze na przystanku, zginął 47-letni Waldemar. 40-letnia Beata i 45-letni Sławomir spadli z wiaduktu razem z samochodem. Mężczyznę siła uderzenia odrzuciła aż 35 m od miejsca, w którym wylądował ford. Trzy godziny później w Szpitalu Bielańskim zmarł drugi Sławomir, 27-latek. I jeszcze 21-letnia Dorota. Lekarze walczyli o jej życie przez sześć godzin. Rafał Taczanowski ze Szpitala Bródnowskiego: - Za duże obrażenia. Nie mogliśmy jej pomóc.

O godz. 6.44 wszyscy stali na przystanku Żerań FSO 04. Czekali na autobus w kierunku Bródna. 29-letni Mikołaj P. swoim fordem focusem właśnie przejeżdżał nad Wisłą. Z domu na Bielanach gnał Trasą Toruńską do pracy. Został mu jeszcze spory kawałek drogi. W miejscu, gdzie trasa przechodzi nad ul. Modlińską, tuż za znakiem ograniczenia prędkości do 40 km/godz. zabrał się za wyprzedzanie innego auta. Kierowca tego samochodu powiedział później policjantom: - Jechałem osiemdziesiątką.

Ile więc na liczniku miał Mikołaj P., gdy stracił panowanie nad kierownicą, zahaczył o krawężnik i wjechał w przystanek pełen ludzi? - Nie było ani miejsca, ani tym bardziej czasu na ucieczkę - komentowali później gapie.

Rozpędzony ford rozbił betonowy śmietnik, uderzył w ogrodzenie i spadł z wiaduktu na chodnik ul. Modlińskiej. Tuż za nim spadła wyrwana z mocowań metalowa bariera. Kierowca wysiadł o własnych siłach. Obok auta zobaczył ciało kobiety. Złapał się za głowę. Była 6.45.

Podinspektor Wojciech Pasieczny ze stołecznej drogówki od 15 lat jeździ do wypadków. Od ośmiu prawie do wszystkich, w których giną ludzie. - Nie pamiętam podobnej tragedii - przyznaje. - Staramy się przypominać o trudnych warunkach, o ograniczeniach prędkości. Ale mistrzowie kierownicy są mądrzejsi. I wydaje im się, że nieśmiertelni.

Do Szpitala Bródnowskiego, w którym zmarła 21-letnia Dorota, przewieziono jeszcze dwie osoby. Są poważnie ranne, ale będą żyć. Podobnie jak Mikołaj P. On też leży w Bródnowskim. W pokoju na trzecim piętrze pilnuje go dwóch policjantów. W siedzibie stołecznej drogówki już czeka na niego postanowienie o przedstawieniu mu zarzutu z art. 173 kodeksu karnego: spowodowanie katastrofy w ruchu drogowym. - Grozi za to do 12 lat więzienia - informuje prokurator Renata Mazur.

Mł. insp. Jacek Zalewski, naczelnik drogówki: - Gdy tylko lekarze skończą obserwację kierowcy, wystąpimy do sądu o jego tymczasowe aresztowanie.

źródło: Gazeta Wyborcza

możliwość komentowania została wyłączona