z kraju artykuł

GOP: Policja kontra konduktorzy

Maria Klimczyk, Dziennik Zachodni,

dodane przez MQ

To był gorący piątek w bytomskim PKM. Pracownicy spółki przyszli do biurowca przy ul. Witczaka po wypłaty za czerwiec. - Dostaliśmy paski do ręki. Ale pieniędzy nie było. Tylko na papierku! Powiedzieliśmy, że nie wyjdziemy stąd tak długo, aż pieniądze się znajdą. I że prezesów nie wypuścimy - mówią pracownicy bytomskiego PKM.
Czekali kilka godzin. - Monitorowaliśmy sytuację, wiedzieliśmy, że będą protesty. Prezes PKM Piotr Heine cały czas był z nami w kontakcie - opowiada mł. insp. Tadeusz Ostrowski, zastępca komendanta policji w Bytomiu.

Ostrowski pojechał na Witczaka. - Tłumaczyłem im, że mogą protestować, ale nie mogą człowieka pozbawiać wolności. Byli spokojni! Poprosili o wodę, więc im ją przywieźliśmy - mówi Ostrowski.

Ludzie nie chcieli słuchać policji. Powiedzieli, że prezesa nie wypuszczą tak długo, dopóki im nie wypłaci pieniędzy. Gdy negocjacje nie przyniosły rezultatów, Piotr Heine, prezes PKM, oficjalnie powiadomił policję, że on i czterech członków zarządu, więzieni są przez załogę. Do Bytomia wezwano oddziały prewencji z Katowic. Przyjechało 38 policjantów. Policjanci weszli do biurowca parę minut po 21.00. Przebieg akcji utrwalony jest na kasecie.

Ośmioosobową grupą dowodził podinsp. Janusz Kowalik, naczelnik Wydziału Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Bytomiu; reszta czekała w odwodzie. Ludzie stali pod ścianą, wzdłuż schodów, od parteru na piętro. - Myśmy tutaj przyszli wyprowadzić prezesów - zaczął Kowalik, ale go zakrzyczano. - Dlaczego? Bo nie mają odwagi do nas wyjść? - denerwowali się ludzie. - Wy sami strajkujecie - przypomniała policjantom jedna z konduktorek. Policja wyprowadziła z pokoju zarząd spółki. Pięć osób. I zrobiło się straszne zamieszanie. Ktoś położył się na schodach. Pod naporem tłumu pękły metalowe poręcze, ale policjantom udało się wyprowadzić prezesów. Cała akcja trwała 15 minut.

Na placu przed budynkiem, już po akcji policji, wciąż czekało kilkadziesiąt osób. Konduktorzy i kierowcy. - Dostaliśmy po sto złotych zaliczki, jak mamy z tego wyżyć - krzyczeli. Aneta Cichoń nie kryje oburzenia: - Mam trójkę dzieci, jestem w ciąży. Mąż jest bezrobotny, dostał właśnie 187 złotych zasiłku. Gdy zapytałam prezesa, gdzie są moje pieniądze, to mi powiedział, że dostałam sto złotych.

- Powiedział, że wypłaty dostaniemy we wrześniu. Kto naszym dzieciom da jeść? Zarabialiśmy na siebie, gdzie są te pieniądze - pytają ludzie. - Policję na nas wezwał! A myśmy prezesowi ani nie grozili, ani nie demolowaliśmy niczego. Grzecznie czekaliśmy na wypłatę.

Prezes Heine tłumaczy, że wezwał policję, bo musiał. - Pracownicy siedzieli na schodach, powiedzieli, że nie wypuszczą nas z biura. A to jest pozbawienie wolności - mówi Heine.

Na uwagę, że konduktorom i kierowcom nie podobało się to, że PKM nie wypłacił im należnych pieniędzy, Heine odpowiada: - My też nie dostaliśmy pieniędzy od KZK GOP. Dlatego oni nie dostali wypłaty. Według naszych wyliczeń KZK GOP miał nam przekazać ponad 560 tysięcy złotych. Według nich 437 tysięcy. Ale nie przyszła nawet złotówka.

- Napisali nam, że potrącają sobie pieniądze za utracone korzyści z powodu sprzedaży biletów przez konduktorów. Ta sprawa skończy się w sądzie - mówi prezes.

30 czerwca PKM Bytom ogłosił likwidację spółki. Co będzie teraz? - Do 26 lipca mamy czas na podpisanie ze związkami zawodowymi regulaminu zwolnień grupowych. Jeżeli go nie podpiszemy, to ustalimy ten regulamin samodzielnie i powiadomimy urząd pracy. Dopiero w 31 dniu od tej daty mogą być rozwiązywane umowy o pracę - mówi Heine.

Wygląda więc na to, że PKM musi płacić swoim pracownikom i to jeszcze co najmniej dwa miesiące. - Występujemy z wnioskiem do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, by wypłacił wynagrodzenia. Ale nie wiem, kiedy to będzie - mówi Heine.

źródło: Dziennik Zachodni

brak komentarzy