z kraju artykuł

Kraków: Wykolejone tramwaje poczekają na inspektorów

Bartosz Piłat, Gazeta Wyborcza,

dodane przez X; zmodyfikowane

Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne musi czekać ze stawianiem wykolejonych tramwajów na tory aż pojawią się inspektorzy Krakowskiego Zarządu Dróg. Czekanie bywa długie, co powoduje niepotrzebną blokadę torów i wstrzymuje ruch.
Pod koniec maja na skrzyżowaniu ul. Dietla i Stradomskiej doszło do tragicznego w skutkach wykolejenia tramwaju. Zginął człowiek stojący na przystanku. Kilka dni tramwaj znów wypadł z torów w tym miejscu, na szczęście nie było ofiar.

Pracownicy MPK w ciągu 25 minut postawili na tory wykolejony tramwaj - ruch na trasie szybko został przywrócony. Już po odjeździe tramwaj pojawili się inspektorzy Krakowskiego Zarządu Dróg (odpowiada m.in. za stan torowisk), by sporządzić dokumentację wypadek i ustalić jego przyczyny. Ale dokumentować już nie było czego... Sytuacja powtórzyła się następnego dnia - ekipa z KZD przyjechała, gdy było po wszystkim.

Po tych doświadczeniach dyrektor KZD Jan Tajster zwrócił się do MPK, by jego pracownicy czekali ze stawianiem tramwajów na tory do czasu pojawienia się inspektorów. - Musimy mieć możliwość badania wypadków. Inaczej nigdy nie dowiemy się, jakie były przyczyny - uzasadniał Tajster.

Konieczności dokumentowania wypadków nikt w MPK nie kwestionuje, ale czekanie na KZD jest - zdaniem motorniczych - przynosi straty pasażerom. - Na Pleszowie wykolejony tramwaj zablokował pętlę. Chłopaki czekali na KZD ponad 40 minut, a przez ten czas cała linia była nieczynna - opowiada jeden z motorniczych. Podobnych wypadków było już kilka i za każdym razem dźwig do podnoszenia tramwajów pojawiał się na miejscu zdarzenia wcześniej niż inspektorzy (np. na pl. Centralnym blokada torów wydłużyła się o kwadrans).

- Niestety, nie mam zbyt wielu pracowników, którzy mogą zająć się wypadkami. Z konieczności muszą być w gotowości przez całą dobę i często wzywamy ich telefonicznie z domu - wyjaśnia dyrektor Tajster. Podkreśla, że nie zamierza rezygnować z kontroli wypadków na miejscu przynajmniej do czasu, gdy MPK zamontuje we wszystkich tramwajach tachografy, rejestrujące przebieg zdarzenia.

- Długo tego nie da się utrzymywać. Ludzie się wściekają, bo tramwaje stoją, a my nic nie robimy - denerwuje się prezes MPK Julian Pilszczek. - Dobrze, że jak do tej pory wykolejenia nie przytrafiły się w newralgicznych punktach, bo w oczekiwaniu na KZD zablokowalibyśmy komunikację tramwajową w całym mieście.

MPK przygotowuje się do uruchomienia zespołu wypadkowego, w którym pracowaliby ludzie przygotowani do dokumentowania wypadków i wykolejeń. - Już kiedyś taki zespół istniał. Dzięki niemu zaoszczędzimy czas, bo nasz zespół zjawi się na miejscu wraz z dźwigiem do podnoszenia tramwajów - zapewnia prezes Pilszczek.

Na takie rozwiązanie nie chce się zgodzić dyrektor Tajster. - MPK nie może być sędzią we własnej sprawie. Pomiędzy nami jest zbyt wiele rozbieżności w interpretacji i opisie wypadków, żebym miał uwierzyć w ich sprawozdanie - wyjaśnia.

źródło: Gazeta Wyborcza

brak komentarzy