Wszystkie Ze Szczecina W skrócie Z kraju Według linii

Szczecin artykuł

Czy stanie komunikacja miejska?

Tomasz Tokarzewski, Kurier Szczeciński,

dodane przez djdark; zmodyfikowane

Nawet 20 mln zł może kosztować budżet Szczecina, jeśli miasto ugnie się pod żądaniami związkowców, którzy chcą podwyżek płac o 30 proc., w przeciwnym razie sugerują, że może dojść do strajku w komunikacji miejskiej.
- Te żądania są nierealne, nie stać nas na to - tłumaczy Włodzimierz Sołtysiak, prezes Szczecińskiego Przedsiębiorstwa Autobusowego "Dąbie". - Jestem umówiony na kolejne spotkanie z organizacjami związkowymi pod koniec lutego. Wstępnie proponuję wzrost pensji o 300 zł w skali roku.

Część załogi i związkowców jest skłonna się na to zgodzić. Firma ze Szczecina Dąbia jest jednak jedyną, w której nie ma jeszcze sporu zbiorowego. Pierwsi przystąpili do niego związkowcy z MZK Szczecin. Jest to jedyny przewoźnik nieprzekształcony w spółkę, który zatrudnia około 700 osób. Ale tylko 255 z nich jest bezpośrednio zatrudnionych przy prowadzeniu tramwajów. Przerost zatrudnienia i koszty są więc znacznie wyższe niż w firmach autobusowych.

- Gdyby spełnić postulaty związkowców, dla MZK należałoby wygospodarować ok. 10 mln zł więcej - przyznaje Zbigniew Bil, zastępca dyrektora. - Ale żądanie podwyżki o 30 proc., przy średniej pensji około 3200 zł brutto, jest chyba nie na miejscu.

O zbyt wygórowanych oczekiwaniach związkowców mówią także prezesi SPA "Klonowica" i Szczecińsko-Polickiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Wszędzie tam zarobki są na zbliżonym poziomie. Kierowcy i motorniczowie podkreślają jednak, że 3,2 tys. zł brutto to płaca z nadgodzinami i pracą w święta oraz weekendy. Początkujący motorniczy może liczyć na 1600-1900 zł brutto, więc sam zabiega o dodatkowe zlecenia.

- I bywa, że pracujemy cały dzień, bez należnych przerw, albo roczny limit nadgodzin wykorzystujemy w kilka miesięcy - przyznają prowadzący tramwaje. - Zresztą teraz o nadgodziny coraz trudniej, bo pracodawca niechętnie się na nie zgadza.

Ale przewoźnicy mają inny nie lada kłopot. Od kilku lat sygnalizujemy odpływ kierowców i motorniczych - najpierw do Anglii, potem do Irlandii, ostatnio zaś do Norwegii. Z każdej z firm komunikacyjnych w minionym roku odeszło od kilkunastu do ponad 30 pracowników, a nowych nie zawsze udaje się znaleźć od razu. Efektem tego są braki na liniach. Tylko w pierwszych trzech tygodniach stycznia autobusy z Dąbia nie wyjechały na trasy 7 razy. Police zawiodły w 17 przypadkach, SPAK w 25, a MZK odnotowało aż 88 tzw. niewyjazdów.

- Mamy dwa priorytety, oba wiążą się z wydatkami - tłumaczy Andrzej Markowski, prezes SPPK. - Pierwszy to odnowa taboru i to w każdej z firm, nie tylko w SPPK. Drugi to podwyżki płac, które pozwolą zahamować odpływ kierowców.

Obecne władze Szczecina pokazały, że problem traktują poważnie. Rok 2007 to czas remontów torowisk i odmładzania taboru na skalę, jakiej nie było przez wiele lat. Miasto planuje też przez najbliższe 3 lata zwiększać kapitał spółek autobusowych w taki sposób, by mogły kupić kilkadziesiąt nowych autobusów. Kontrakt na używane, ale po gruntownej modernizacji, tramwaje jest już realizowany. Kolejna szansa poprawy to posłużenie się środkami unijnymi, które będą do wykorzystania po 2009 r.

Na razie nie wiadomo jednak, czy nowsze autobusy i tramwaje sprowadzone do Szczecina będzie miał kto prowadzić. Nie wiadomo też, czy i w jakiej wielkości będą podwyżki płac dla kierowców i motorniczych. Jeśli bowiem dojdzie do masowego strajku, firmy komunikacyjne będą musiały zapłacić miastu Szczecin wysokie kary i na pewno już na wzrost uposażeń pracowników nie zostanie pieniędzy.

Ucierpią na tym także pasażerowie. W czasie strajku komunikacji miejskiej przyjdzie im liczyć na taksówki lub własne nogi.

źródło: Kurier Szczeciński

64 komentarze