Wszystkie Ze Szczecina W skrócie Z kraju Według linii

z kraju artykuł

Gorzów Wielkopolski: Zaatakował kierowcę, bo... przegapił przystanek

Piotr Żytnicki, Gazeta Wyborcza,

dodane przez djdark

Pijany 29-latek podczas jazdy rzucił się na kierowcę miejskiego autobusu. Chciał wyrwać mu kierownicę. W trakcie szamotaniny autobus zjechał na pobocze i zahaczył o drzewo. Napastnik odpowie teraz za "sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym".
Dramatyczne wydarzenia rozegrały się w piątkowe popołudnie w autobusie linii 128 z Santocka do Biowetu przy ul. Kosynierów Gdyńskich (dopiero wczoraj poinformowała o nich policja i MZK). - Ruszałem z przystanku przy mostku na ul. Owocowej. Z tyłu autobusu usłyszałem krzyk: "Otwórz drzwi, baranie". Spojrzałem w lusterko. Pomiędzy siedzeniami biegł w moim kierunku zdenerwowany mężczyzna - relacjonuje kierowca autobusu Paweł Kozak.

Pasażer nie zdążył wysiąść na przystanku. Chciał, by kierowca zatrzymał autobus i otworzył drzwi. - Nie mogłem tego zrobić, bo włączyłem się już do ruchu. Poza tym ton tej prośby był mało uprzejmy - mówi pan Paweł.

Choć w starych jelczach kierowca siedzi w zamkniętej kabinie, tym razem pan Paweł miał otwarte drzwi, bo na liniach podmiejskich kierowca często sam sprzedaje i sprawdza bilety. - Facet wbiegł do kabiny i zaczął szarpać mnie za ubranie. Zamierzył się, by uderzyć mnie w głowę, wtedy ja osłoniłem się prawą ręką, a on to wykorzystał i złapał za kierownicę. Zaczął ciągnąć w prawą stronę, więc ja musiałem uciec w lewo. Autobus zahaczył lusterkiem o drzewo albo latarnię - nie widziałem dokładnie. Z naprzeciwka jechały auta, a to jest wąski odcinek drogi. Jakimś cudem udało mi się zahamować. Tak naprawdę centymetry dzieliły nas od tragedii - wspomina kierowca.

W autobusie jechało od 20 pasażerów, jak podaje policja, do 35, jak wynika z raportu MZK. Przerażeni nie ruszyli się z miejsca. Na szczęście na pomoc kierowcy rzucili się trzej kontrolerzy, którzy byli w autobusie. Gdy odciągnęli agresywnego mężczyznę, kierowca ruszył pod komendę policji, która znajduje się kilkaset metrów dalej, na ul. Wyszyńskiego. Napastnik nie dawał jednak za wygraną. - Chciał w trakcie jazdy otworzyć drzwi i uciec - wspomina kierowca.

Pod komendę w tym samym czasie podjeżdżał radiowóz. Policjanci, widząc awanturę w autobusie, wbiegli do środka i obezwładnili agresora. Okazał się nim 29-letni nietrzeźwy mieszkaniec Kłodawy.

- Policjanci najpierw chcieli, bym skarżył go z powództwa cywilnego, ale po naszym tłumaczeniu, że tam mogło dojść do wypadku, zmienili zdanie - mówi Paweł Kozak, który po skończonej zmianie, o godz. 22 wrócił na komendę, by złożyć zeznania. Przesłuchano także pomagających mu kontrolerów (w starych jelczach nie ma monitoringu).

- Zatrzymanemu przedstawiliśmy zarzut sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, za co grozi kara do ośmiu lat więzienia - informuje rzecznik gorzowskiej policji Sławomir Konieczny.

Choć ten paragraf istnieje od dawna, do tej pory stosowano go tylko w wyjątkowych przypadkach, np. przy wypadkach autokarowych lub kolejowych. Decydujące w interpretacji tego zdarzenia były okoliczności: mężczyzna podczas jazdy po miejskim terenie próbował wyrwać kierownicę autobusu, którym jechało kilkanaście osób.

Marcin Pejski, rzecznik MZK, tłumaczy, że to nie pierwszy atak na kierowców w ostatnim czasie. - Pod koniec lutego grupa agresywnych nastolatków ciężko pobiła kierowcę na pętli na os. Staszica - mówi.

źródło: Gazeta Wyborcza

możliwość komentowania została wyłączona