Wszystkie Ze Szczecina W skrócie Z kraju Według linii

z kraju artykuł

Kraków: Badanie wypadku ważniejsze od rozkładu jazdy

Bartosz Piłat, Gazeta Wyborcza,

dodane przez djdark; zmodyfikowane

Inspektorzy Zarządu Dróg i Transportu muszą zobaczyć każdy wykolejony tramwaj. Ponieważ jest ich niewielu, a do wypadku jeżdżą często przez całe miasto, tramwaje czekają na nich w korku, spóźniając rozkłady jazdy.
Po zeszłorocznej serii wypadków i wykolejeń tramwajów na skrzyżowaniu torowisk biegnących wzdłuż ulic Stradomskiej i Dietla Zarząd Dróg i Transportu wydał polecenie: do czasu, aż wykolejenie nie zostanie udokumentowane przez inspektorów jednostki, tramwaj nie może być postawiony na tory.

Takie rozwiązanie miało uniemożliwić Miejskiemu Przedsiębiorstwu Komunikacyjnemu oszukiwanie przy podawaniu przyczyn wykolejeń i zdobycie wiarygodnych danych na temat wypadku. Po tym, jak tramwaj opuści miejsce wypadku, o wiele trudniej bowiem określić przyczyny wykolejenia.

ZDiT zlecił też jesienią zeszłego roku opracowanie zasad prowadzenia badań powypadkowych. Za ponad 300 tys. zł inżynierowie Politechniki Krakowskiej przygotowali taki schemat oraz zobowiązali się do prowadzenia na potrzeby ZDiT szczegółowych ekspertyz wyjaśniających potencjalne wypadki.

Spełnianie polecenia ZDiT od samego początku jest kłopotliwe. Oczekiwanie na inspektorów jednostki trwa czasem nawet pół godziny, a w efekcie przerwy w komunikacji tramwajowej spowodowane zablokowaniem torowiska niepotrzebnie się wydłużają.

- Rzeczywiście, jest to dla nas spory kłopot. Często zdarza się, że nasz dźwig jest przy tramwaju w dziesięć minut od wypadku, ale ze stawianiem tramwajów czekamy na ZDiT. Tylko kilka razy zdarzyło się, że byli na miejscu wypadku szybciej od naszych ludzi - potwierdza rzecznik MPK Marek Gancarczyk. - Na dodatek przyjeżdża trzech różnych ludzi i żaden z nich samemu nie jest w stanie podjąć decyzji o tym, że można wstawiać tramwaj na tory i jechać dalej.

Jak ZDiT tłumaczy opóźnienia w rozkładzie, wynikające z oczekiwania na jego inspektorów? - Żeby być w stanie bezstronnie ocenić, jaka była przyczyna wypadku i w związku z tym, kto powinien ponieść konsekwencje zmiany w rozkładzie jazdy, musimy dokładnie udokumentować całe wydarzenie. Robimy zdjęcia, mierzymy ślady, zbieramy ewentualne zniszczone części itd. - wyjaśnia rzecznik ZDiT Wit Nirski.

Na miejscu wypadku zgodnie ze słowami rzecznika ZDiT pojawia się najpierw "inspektor terenowy", który fotografuje miejsce wypadku. On jednak nie ma uprawnień, by zdecydować o postawieniu tramwaju na tory.

- Ludzie z uprawnieniami muszą być na miejscu w siedzibie ZDiT. Niestety, nie potrafimy znaleźć więcej chętnych do pracy na tym stanowisku, więc ludzie w terenie nie mają potrzebnego wykształcenia - rozkłada ręce rzecznik.

Nim do wypadku dojedzie inspektor z uprawnieniami, na miejscu pojawia się też pracownik firmy ZUE, która odpowiada za utrzymanie krakowskich torów. On jednak także nie może zdecydować o przywróceniu ruchu.

Mijają minuty i wreszcie pojawia się człowiek z uprawnieniami. Często nie pozostaje mu nic innego, jak wydać zgodę na wstawienie tramwaju na tory. - Nic nie poradzimy, że tyle trzeba czekać. Nasze auta nie mają niebieskiego sygnału i inspektorzy stoją w korkach. Wieczorami muszą przyjechać do wypadku z domu, co dodatkowo wydłuża sprawę - tłumaczy opóźnienia Nirski.

I dodaje, że jedyną metodą na przyspieszenie badania wypadku byłoby zwiększenie liczby pracowników z uprawnieniami, bo ZDiT nie może zrezygnować z badania wypadków. - Nowych ludzi jednak szybko nie uda się znaleźć - kwituje.

źródło: Gazeta Wyborcza

możliwość komentowania została wyłączona