Szczecin artykuł

Komedia sytuacyjna

Marcin Stefanowicz,

dodane przez Phobos; zmodyfikowane

Druga debata o problemach transportowych miasta Szczecina się zakończyła. To jest wersja oficjalna. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie na ten temat...
UWAGA! Poniższy tekst jest zbiorem subiektywnych odczuć autora dotyczących debaty, która odbyłą się 23 lutego 2005 na Wydziale Zarządzania i Ekonomiki Usług US. Pamięc autora może być zawodna, więc wszelkie uwagi mile widziane.

Prezesi, dyrektorzy, radni, dziennikarze, studenci oraz miłośnicy komunikacji miejskiej. No i prowadzący, którego wymieniam nie ukrywaną niechęcią. Można powiedzieć, że za wyjątkiem polityków oraz większości dziennikarzy, osoby na komunikacji się znające. Najbardziej w oczy rzucała się delegacja Zarządu Dróg i Transportu Miejskiego licząca 4 osoby, w tym wicedyrektor Zbigniew Wicik. Łatwo rozpoznać można było również prezesów spółek autobusowych, którzy zwarcie usiedli za ZDiTM. Zabrakło natomiast przedstawicieli Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego.

Po krótkim wstępie spotkanie zaczęło się... Pierwszy z prelegentów rozpoczął wspaniały monolog o dostępie do informacji pasażerskiej, co chwilę robiąc przerwy w czasie których o wyjaśnienia prosił dyrektora ZDiTM. Robił to oczywiście z dobrze widoczną sadysfakcją - wszak była do część debaty zatytułowana "Maksymalizacja zadowolenia pasażerów"...

W kolejnym punkcie inny prelegent rozpoczął wywód o dostosowaniu taryfy do potrzeb i oczekiwań pasażerów. Wymienione zostały nowe rodzaje biletów. Na sali odezwał się głos mówiący o niedoskonałościach nowego systemu - bilet nazywany rodzinnym, rodzinnym tak naprawde nie jest. O wyjaśnienia poproszono radnego Litwińskiego, jako jednego z tych, którzy odpowiednią uchwałę uchwalili. I co usłyszeliśmy? Zupełnie niezwiązane z tematem - nie zawacham się użyć tego słowa - bzdury.

Uwielbionym przez organizatorów przykładem na wszystko był Zarząd Komunikacji Miejskiej w Gdyni. Kiedy przedstawiono wyniki badań preferencji pasażerów - z roku 1998, tak jakby jeszcze mniej aktualnych nie było - rozpoczęła się burza. Piorunami strzelił prezes SPA Dąbie, stwierdzając, że należy przeanalizować cały system komunikacji miejskiej, ponieważ jest on archaiczny. Pojawiła się również ulubiona sugestia pana Sołtysiaka o powrocie do biletów jednorazowych wsparta badaniami z Gdyni. Zaproponował nawet obniżenie ceny biletów, aby zachęcić ludzi do korzystania z komunikacji. Tylko gdzie ci ludzie powinni się pomieścić?... Polemikę podjął dyrektor ZDiTM, wspomiano o możliwości wprowadzenia biletu elektronicznego. Piłeczka obiła się również o miłośników komunikacji miejskiej, z czego ja zasugerowałem, iż jest to doskonała możliwość badania potoków pasażerskich, a inny zaczął mówic o jakimś rodzaju dopłat bezpośrednich do biletów sprzedawanych przez przewoźników. Ogólne wszyscy zgadzali się, że na wszystko trzeba mieć pieniądze. Kiedy dyskusja się rozwinęła i przybrała już dość ogólny kształt - przewał ją prowadzący profesor Bąkowski przerywając jednemu z rozmówców i stwierdzając.... że to nie jest miejsce na dyskusję. Dodał, że ma bardzo dokładne dane z parafii z których wynika, że na Pomorzanach mieszka 30 tysięcy ludzi mniej niż 10 lat temu. Publika była już tak zastraszona despotyzmem profesora, że nikt nie zapytał na jakiej podstawie profesor uważa dane z parafii za wiążące.

Druga część "debaty" poświęcona została wzrostowi efektywności przewozów. Słynny przykład z linią 3 w godzinach wieczornych, oraz nowość - zastępowanie przegubowych Volvo krótkimi Jelczami na liniach 53 oraz 60. Oszczędności w drugim przypadku - żadne jak zauważyli prezesi spółek autobusowych. Paranoja? Paranoja, ale z powodzeniem funkcjonuje od wielu lat, i zbyt prędko to się nie zmieni. Kilka osób próbowało zabrać głos w tej sprawie, ale najwyraźniej organizatorom nie było to na rękę - dyskusji nie było. Nowy tabor o małej pojemności? Chętnych do dyskusji nie było, więc prowadzący podał przykład wspaniałego, prężnie działającego, idealnego wręcz organizatora komunikacji, gdzie busy są z powodzeniem stosowane - KZK GOP. Aby nie tworzyć kłopotliwej sytuacji, kiedy sala nie ma nic do powiedzenia, pan Sołtysiak wrócił na chwilę do tego, że ludzie już teraz nie mieszczą się do autobusów, po czym po raz kolejny z uporem i poparciem kolegów po fachu rozpoczął temat przekazania dystrybucji biletów (jednorazowych oczywiście) pod piecze przewoźników. Dyskusję znów przerwano i nie dano szansy wypowiedzenia się wszystkim chętnym. I ostatni punkt o kontroli biletowej, który oczywiście był doskonałą okazją do dyskusji o konduktorach. Prezes Sołtysiak po raz kolejny wykazywał o ile więcej biletów kasowano na liniach 77 oraz C w czasie pracy konduktorów, dyrektor Wicik kwitował to stwierdzeniem, że konduktorzy stali przy kasowniku i kasowali wielokrotnie ten sam bilet. Radny Mickiewicz mówił coś o tym, że skoro przewoźnicy chcą rozprowadzać bilety, skoro chcą odciążyć, wyręczyć miasto w tej kwestii - to droga wolna... Oczywiście wszystko przerwał prowadzący profesor Bąkowski.

Mieliśmy więc radnego Litwińskiego, który sprawiał wrażenie urwania się z choinki, radnego Mickiewicza, który choć wiedział co mówi, nie mówił nic rozsądengo, prezesa Sołtysiaka, zdecydowanego lidera dyskusji, z ciętym językiem, nie bojęcego się tego co mówi i przekonanego, że mówi z sensem (a nie zawsze niestety tak było), prezesa Putiatyckiego, który przez większość dyskusji nie mówił nic, prezesa Markowskiego, który kilka razy zabrał głos, ale wszysc zapamiętamy go z wypowiedzi o likwidowanych szkołach, dyrektora Wicika, który skutecznie studził niektóre niezdrowe zapędy przewoźników, oraz kilka niewymienionych z imienia i nazwiska osób.

Byłem również ja. Wraz z kilkoma innymi miłośnikami komunikacji graliśmy tam rolę cichych obserwatorów, którzy emocjonalnie reagują na wszystkie wypowiedzi. Jeden z nas wyświadczył niedźwiedzią przysługę Zarządowi Dróg swoim stwierdzeniem o dopłatach do biletów. Ja natomiast wbiłem kij w mrowisko - osoba, nie mająca zawodowo nic wspólnego z komunikacją kilka razy burzyła idealny wyimaginwany świat uczestników spotkania. Wpomiałem o jednym z radnych, który porównywał szczecińską komunikację miejską do kilku wiosek na podlasiu, było o rządku pasażerów gdybyśmy wpuszczali ich pierwszymi drzwiami, było o tym, ilu pasażerów wybrałoby taksówki gdyby miało w każdym autobusie kupować osobny bilet, było o tym, że dotacja do komunikacji w Szczecinie jest poprostu śmiesznie niska i nie odmówiłem sobie wytknięcia prowadzącemu, że jeśli skupowanie przez górnośląskich przewoźników wysłużonych ikarusów z całej Polski i jazda po cenie 2,3 zł za wozokilometr jest dla prowadzącego ideałem komunikacji to ja wysiadam.

I na koniec cały osobny akapit dla prowadzącego. Choć było o nim już sporo, to ciągle za mało. Człowiek starszy, patrzący na komunikację nieco skrzywionym okiem prawdopodobnie krótkowidza. Przynajmniej jego pomysły są krótkowzroczne. Przypominają odwieczną zasadę - jeśli jest źle, zróbmy cokolwiek, nazwijmy to reformą, żeby wmówć ludziom, że będzie lepiej. Co chwila przerywał wszelką dyskusję, stwierdzając, że nie jest to miejsce na nią. Upominał, że nie mamy tyle czasu, aby dyskutować o wszystkim, jednak czas na jego nie mające z niczym związku dygresje zawsze były... Taki przywilej prowadzącego. Utrzeć nosa udało się chyba tylko mi stwierdzając, że komunikacja miejska jest miejska i jako taka zawsze musi być dotowana przez miasto. Najwyraźniej tytuł profesora sprawia, że ludzie myślą, że mają prawo wszystkim rządzić. Tym sposobem przedstawiciele ZDiTM oraz preses Sołtysiak - najlepiej przygotowani do dyskusji, z kilkoma lub nawet kilkunastoma stronami opracowań - zostali poprostu odesłani z kwitkiem, bo tak naprawdę żadnej debaty na środowym spotkaniu nie było.
Przeczytaj więcej na temat Studenci chcą pomóc:

brak komentarzy